Podróżowanie po Azji Południowo-Wschodniej – moich 10 zasad

W tytule widnieje słowo “zasady”, ale tak naprawdę z poniższych dziesięciu punktów tylko pierwsze cztery mogę nazwać zasadami w pełnym tego słowa znaczeniu (i zachęcam Was do ich przestrzegania!). Pozostałe punkty są raczej moimi upodobaniami i nawykami, które być może dla niektórych z Was okażą się wskazówkami, ale proszę nie traktować ich jako porad. Pisząc “Azja Południowo-Wschodnia”, mam głównie na myśli Indonezję, Malezję i Filipiny, bo w tych krajach spędziliśmy najwięcej czasu, ale jestem pewna, że moja lista znajdzie zastosowanie na dużo większym obszarze. Wpis ten powstał z myślą o osobach, które zainteresowane są podróżami po Azji Południowo-Wschodniej, ale bazuje tylko na naszych doświadczeniach i – ponownie podkreślam – nie jest poradnikiem. Dla tych którzy mnie nie znają – mam na imię Natalia, miło, że wpadliście, od trzech lat mieszkamy z Bartkiem w Singapurze, a każdą wolną chwilę przeznaczamy na podróżowanie po Azji Południowo-Wschodniej (przynajmniej raz w miesiącu uciekamy poza Singapur).

Czym się kieruję podczas tych wojaży i jakie są moje zwyczaje?

Borobudur

1. Atrakcje ze zwierzętami omijam szerokim łukiem

Jeśli nie mam solidnych podstaw, żeby sądzić, że dana atrakcja jest przyjazna zwierzętom – nie korzystam z niej, bo najprawdopodobniej nie jest. W Azji zwierzęta wykorzystywane są bezecnie na każdym kroku, co często widać na pierwszy rzut oka, ale czasem można dać się nabrać. Jeśli chodzi o konkretne przykłady, to…

  • …nie robię sobie zdjęć z dzikimi zwierzętami, na przykład z tygrysami, które są odurzane, żeby były miłe i cierpliwe.
  • …nie karmię dzikich zwierząt (na przykład orłów na Langkawi).
  • …omijam z daleka kopi luwak, czyli słynną kawę z ziaren wydobytych z odchodów cywety. Ostatnio na Bali pan “naganiacz” pokazał nam takie zwierzątko leżące w małej klatce na słońcu, namawiając na wizytę w kawiarni, ale po zobaczeniu mojej miny zamknął się i zostawił nas w spokoju. Niestety kiedyś na Jawie dałam się nabrać na bajki o “organicznym pochodzeniu” i spróbowałam takiej kawy, co było moim błędem. Trzeba mieć ponadto na uwadze, że mielona kopi luwak często jest mieszana z tanią kawą albo innymi rzeczami, i tak naprawdę nie wiecie, co Wam wciskają.
    Wyjątek. Jeśli chcecie spróbować kopi luwak pochodzącą z pewnego źródła, polecam mieszkającą w Yogyakarcie Polkę Emilię (link).
  • …nie pływam z rekinami wielorybimi w Cebu (Filipiny). Kolejna kontrowersyjna atrakcja i to z niejednego powodu. Rekiny te są dokarmiane, przez co ich dieta jest uboga i nieprawidłowa. Łatwy dostęp do jedzenia zmienia także styl życia tych ryb, co ma zły wpływ i na nie, i na ekosystem (więcej przeczytacie tutaj).
  • …nie korzystam z żadnych atrakcji obejmujących słonie. O ile na słonie wykonujące sztuczki czy te przykute w świątyniach zawsze patrzyłam z mieszaniną żalu i złości, o tyle kiedyś popełniłam taki błąd, że przejechałam się na słoniu, który wydał mi się dobrze traktowany. Co musicie wiedzieć to to, że zanim dzikie słonie staną się atrakcją turystyczną, przechodzą morderczy “trening”, czyli tortury, które sprawiają, że stają się uległe człowiekowi (albo umierają w ich trakcie). Ponadto często takie słonie-atrakcje żyją w złych warunkach i są eksploatowane do granic wytrzymałości lub poza te granice. Jeśli nadal Was nie zniechęciłam, to (coś z Wami jest nie tak) dodam, że słonie potrafią być niebezpieczne i zabiły w Azji już niejednego turystę. To są dzikie zwierzęta!
    Wyjątek. Niektóre sanktuaria dla słoni są warte odwiedzenia oraz wsparcia. Niestety nie wszystkie. Ja polecam moją bohaterkę Lek Chailert i jej sanktuarium w Tajlandii Elephant Nature Park (sama nigdy tam nie byłam, ale wiem, że Lek jest wyjątkową i dobrą osobą).
  • …nie oglądam wyraków trzymanych w złych warunkach (Indonezja, Filipiny). Te śmieszne, lubiane przez turystów zwierzątka (zdjęcie) źle się czują w niewoli, a gdy nieWyrak mają wokół siebie dużo przestrzeni, potrafią nawet popełnić samobójstwo. Na Boholu (Filipiny) odwiedziliśmy jedno z nielicznych miejsc, w których wyraki trzymane są w niewoli, ale na dość dużym obszarze i podobno (?) nie jest im źle. Wyraki widzieliśmy też na wolności w Parku Narodowym Tangkoko na Celebesie (Indonezja), co jednak mi się wtedy nie spodobało, to turyści, którzy błyskali im po oczach fleszami (to są nocne zwierzątka, więc oglądaliśmy je po zmroku). Wyraki mają wrażliwe oczy.
  • Nie oglądam walk kogutów, ani jakichkolwiek innych zwierząt.

To są tylko przykłady nieetycznego wykorzystywania zwierząt, które jako pierwsze przyszły mi do głowy. Jeśli podczas swoich podróży po Azji natknęliście się na inne tego typu atrakcje, proszę o komentarz!

2. Naciągaczy sprowadzam na ziemię

A przynajmniej staram się. Ogólnie rzecz biorąc, moje doświadczenia z mieszkańcami Azji Południowo-Wschodniej są bardzo dobre. Ludzie tutaj są z reguły niezwykle pomocni, mili i uczciwi, co sprawia, że podróżowanie po tych rejonach jest dość łatwe i bezpieczne. Niestety w bardziej turystycznych rejonach, miejscowi nauczyli się wykorzystywać wycieczkowiczów, co właściwie dziwić nie powinno, tylko niestety czasem grubo przeginają. Co gorsza – turyści nierzadko się na absurdalne ceny zgadzają, co tylko rozzuchwala tych ludzi. W kombinowaniu przodują rzecz jasna kierowcy wszelakich pojazdów, często życząc sobie za przejazdy kwoty kilkakrotnie (!) zawyżone. Czasem wręcz oszukują klientów, wymyślając historie o korkach, remontach i nie wiadomo jakich katastrofach, a jak przychodzi co do czego (“w takim razie wysiadamy”), droga okazuje się dobra, a nawet da się odpalić licznik. Z najbardziej bezczelnymi kierowcami spotkaliśmy się do tej pory na Bali, w Bangkoku i na Filipinach (na przykład w Cebu), ale tak naprawdę w każdym większym lub turystycznym mieście często trzeba się z tymi ludźmi użerać, przynajmniej jeśli chce się uniknąć metki naiwnego “białasa”, który zapłaci. Wspominam o tych sprawach tylko dlatego, że jakiś czas temu przeczytałam na chyba dość popularnym blogu, że zgadzanie się na zawyżone ceny jest okej, bo w ten sposób wspomagamy miejscowych ludzi, którzy zazwyczaj są biedniejsi od nas. Ja się z tym nie zgadzam. Naciąganie nie jest okej – jest bardzo nie-okej – a “wspomagać” ludzi można na różne inne sposoby; chociażby dając wysokie napiwki tym, którzy są uczciwi.

3. Szanuję ludzi i ich kulturę

Czyli nie patrzę na mieszkańców z góry, nie kombinuję, przestrzegam zasad i staram się praktykować lokalne zwyczaje – na przykład zdejmuję buty przed wejściem do pomieszczeń, w muzułmańskich rejonach podaję pieniądze prawą ręką, nie chodzę za bardzo „porozbierana” i tak dalej. Dla większości z Was szacunek dla innych ludzi jest sprawą naturalną, ale nie wszyscy turyści umieją się zachować, czego świadkiem byłam nie raz.

Bukittinggi

4. Szanuję przyrodę

Nie śmiecę, nie niszczę, w sklepach proszę o niepakowanie moich zakupów w milion plastikowych torebek. Azja to generalnie śmietnik i wielkie plastikowe szaleństwo, w którym ja staram się uczestniczyć w jak najmniejszym stopniu. Czasem na szlakach, plażach czy podczas nurkowania zbieram cudze śmieci, jeśli nie jest ich dużo. Próbuję również ograniczać produkty zawierające olej palmowy (o tym, dlaczego należy unikać oleju palmowego, pisałam tutaj).

Azjatycka dżungla

5. Zawsze zabieram ze sobą:

  • Środek na komary – szczególnie, że zazwyczaj nie biorę leków przeciw malarii. Posiadam płyn o zawartości DEET równej 50%, ale jak na razie standardowe 15% sprawdzało się równie dobrze. Środki z DEET chronią także przed niezwykle irytującymi “piaskowymi muchami” (sand flies), które na azjatyckich plażach pogryzły mnie nie raz (a ich ugryzienia dają się znacznie bardziej we znaki niż te komarowe, brr).
  • Wodę utlenioną (czy cokolwiek innego do dezynfekcji) – zarówno mnie, jak i Bartkowi, udało się w Azji po raz pierwszy w życiu zakazić rany gronkowcami  (jego rana była wynikiem potknięcia się w dżungli na Camiguin, a moje mini-ranki zostawiły mi na Tiomanie właśnie wspomniane muchy). Od tamtej pory staram się dezynfekować rany na bieżąco, a nie dopiero wtedy, jak widzę, że coś jest nie tak…
  • Cienki śpiwór – oczywiście jeśli ktoś wybiera się na Bali do czterogwiazdkowego hotelu, śpiwór może sobie podarować, ale jeśli podróżuje po mało-turystycznych miejscach/preferuje styl “backpackerski”/nie ma szczegółowego planu podróży – taki drobiazg pewnie się przyda (często “hotelowe” “pościele” pozostawiają nieco do życzenia).
  • Kurtkę przeciwdeszczową – w tropikach czasami pada (niespodzianka!). Na dodatek zwykle jest dość wilgotno, więc ubrania szybko nie schną. Może także być chłodno, na przykład na obszarach wyżej położonych.
  • Długie spodnie i coś na długi rękaw – przeciwko słońcu, owadom, spojrzeniom ludzi (Malezja i Indonezja to kraje muzułmańskie) oraz niskiej temperaturze (na klimie to tutaj bynajmniej nie oszczędzają!). Strój do pływania z długim rękawem to również bardzo przydatna rzecz, na przykład podczas snorkelingu, kiedy łatwo o poparzenia.

Snorkeling na wyspie Apo

6. Szukam informacji o danym miejscu

Czasem przed wyjazdem, czasem w trakcie. Nie tylko po to, żeby się dowiedzieć, co warto zobaczyć, gdzie spać i jak dojechać, ale także czego nie oglądać, jak się zachowywać, co z sobą zabrać i na co uważać. Jeśli chodzi o planowanie wyjazdów, to raczej się do tego nie przykładam – po pierwsze taki plan łatwo może się rozsypać (punkt 9), a po drugie zazwyczaj wszystko da się załatwić na miejscu.

7. Podróżuję samodzielnie

Jak już wspomniałam po Azji podróżuje się dość bezstresowo, więc bardzo rzadko korzystam z pomocy innych ludzi w organizacji czegokolwiek (chyba że jest to nieuniknione lub znacznie ułatwia sprawy). Korzystam z azjatyckich, tanich linii lotniczych, na miejscu najczęściej poruszam się na wypożyczonym skuterze, jem w przydrożnych knajpach i robię to, na co w danym momencie mam ochotę. Nie lubię, jak ktoś mi narzuca plan. Jeśli nie muszę, nie korzystam też z panów-przewodników (na przykład podczas wspinaczek na wulkany czy spacerów po lesie), bo doświadczenie nauczyło mnie, że najczęściej nie warto, chociaż czasem mogą się przydać (na przykład w indonezyjskim Parku Narodowym Tangokoko przewodnik pokazał nam wiele zwierząt, których sami na pewno byśmy nie dostrzegli).

8. Omijam duże miasta i skupiska turystów

Nie jestem skrajnym odludkiem i czasem lubię poszwendać się po mieście (na przykład Bangkoku), ale jeszcze bardziej lubię spokój i ciszę, więc podczas podróży czas spędzony w miastach ograniczam zazwyczaj do minimum (szczególnie, że większość dużych miast w Azji Południowo-Wschodniej jest brudnych i brzydkich). Unikam też „turystycznych epicentrów” i wielkich hoteli. Minusem włóczenia się po nieturystycznych okolicach mogą być liczne prośby o wspólne zdjęcia. A potem na Google Map „reklamujesz” ryby w jakiejś dziurze, której nazwa nic ci nie mówi (zdjęcie poniżej)…

9. Uzbrajam się w cierpliwość

W Azji Południowo-Wschodniej rzeczy dzieją się wolno. Często bardzo wolno. A czasem w ogóle się nie dzieją, mimo że powinny. Bywa, że prom nie przypłynie, albo że wsiądziesz do złego promu, bo tak cię skierowano; że dwa razy z rzędu odwołają ci ten sam lot; że w hotelu, który zarezerwowałeś nie ma miejsca; że w restauracji po godzinie oczekiwania dostaniesz coś innego, niż zamówiłeś albo w ogóle zapomną o Twoim zamówieniu; że knajpa będzie zamknięta, bo nikomu nie chciało się jej otworzyć i tak dalej. Wszystkie te sytuacje nam lub naszym znajomym się przytrafiły. Nie ma się wtedy co przejmować, a na pewno nie warto na nikogo krzyczeć, bo i tak nic nie wskóramy, a tylko zniechęcimy do siebie wszystkich wokół (głośne i agresywne zachowania są tutaj szczególnie źle widziane).

10. Nie stresuję się i dobrze się bawię!

Nie mam wysokich oczekiwań, co do noclegów (szczury? spoko!), jem prawie wszystko (no, może poza chińszczyzną…), jestem otwarta na nowości i nie dramatyzuję, gdy coś idzie nie tak, jak powinno. Nie znaczy to wcale, że śpię byle gdzie i wszystko jest mi obojętne. Komfort jest dla mnie ważny, czasem po prostu nie ma dużego wyboru. Jak na razie w Azji nie przytrafiło nam się nic złego (odpukać!), wręcz przeciwnie, spotkało nas tutaj wiele miłych niespodzianek (na przykład w Indonezji zgubiłam czytnik e-booków, który odzyskałam tydzień później), więc nie martwię się na zapas, tylko korzystam z życia!

Kri Island

Włóczykij, nurek, biotechnolog. Mieszka w Singapurze, tęskni za Finlandią. Lubi czytać, nad miasta przedkłada łono natury, a na blogu promuje odpowiedzialne podróżowanie.

  4 comments for “Podróżowanie po Azji Południowo-Wschodniej – moich 10 zasad

  1. Marcin
    April 15, 2018 at 1:30 pm

    Hej.Niedlugo wybieram sie do Singapuru na 12 tygodni w delegacje fajnie ny było miec jakis kontakt z Polakami w tym miescie jesli nie masz nic przeciwko prosibym Cię o jakis namiar .

    • April 19, 2018 at 1:28 am

      Hej. Mój mail to podgwiazdapolarna@gmail.com. Teraz chyba w Singapurze zaczyna się jakiś “polski festiwal”, więc jeśli już tu jesteś/niedługo będziesz, masz szansę spotkać wielu Polaków. 😉 Na Fejsie jest też grupa “Polacy w Singapurze”. Pozdrawiam!

  2. April 15, 2018 at 8:04 pm

    Bardzo fajny tekst, szczególnie podpunkt 1. Zgadzam się ze wszystkim i postępuję podobnie, niestety w czasie pierwszej dalekiej wyprawy naruszyłam parę zasad dobrego podróżnika. Cóż, człowiek uczy się na błędach całe życie. Myślę, że ten post ułatwi życie wielu osobom, a co poniektórych uświadomi 🙂

    • April 16, 2018 at 4:48 am

      Dzięki, Kinga. 🙂 Ja też niejeden błąd popełniłam i pewnie jeszcze kilka przede mną. Ważne żeby wnioski wyciągać. Pozdrawiam! 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Ten blog, jak każdy, wykorzystuje ciasteczka. Więcej

Ciasteczka ułatwiają życie. Zostając na mojej stronie, akceptujesz je. Nie wiem, jaki sens ma ta informacja, ale UE każe ją wyświetlać.

Okej