Obszar Käsivarsi, czyli Laponia poza szlakiem. Część I

Gdy w sierpniu tego roku rozpoczynaliśmy kilkudniową wędrówkę po obszarze Käsivarsi, moje myśli – wyjątkowo, jak na tego typu okoliczności – nie krążyły wcale wokół wagi plecaka ani liczby kilometrów do przejścia. Nadal jednak były ponure, bo dotyczyły mandatu, który chwilę wcześniej spadł niespodziewanie i brutalnie na moje barki. Dzięki temu odkryłam, że w Finlandii nie trzeba wcale dużo zarabiać, żeby dostawać wysokie mandaty, nie mówiąc o pozbawieniu (na szczęście krótkotrwałym) prawa jazdy. Zadający w kółko to samo pytanie Bartek („Ale jak mogłaś nie widzieć tego policyjnego busa?”) też raczej nie uprzyjemniał sytuacji. Mój dryfujący po morzu udręki i poczucia niesprawiedliwości mózg nie odnotował zupełnie pierwszych kilometrów szlaku czy właściwie nieoficjalnej ścieżki kluczącej najpierw między skarłowaciałymi brzozami, a później prowadzącej po łysych pagórkach. Rzeczywistość do mojej świadomości przedarła się dopiero w momencie, gdy trzeba było przeprawić się przez rzekę. Lodowata woda zawsze sprowadzi mnie na ziemię, niezależnie od sytuacji.

Zanim rozwinę opowieść – bardzo króciutkie objaśnienie. Wpis traktuje o naszej wędrówce po dzikim obszarze Käsivarsi (fiń. Käsivarren erämaa-alue) i okolicach. Plan owej wędrówki rodził się w jej trakcie, ostateczna jego wersja podzielona może być na trzy odcinki: szlak nieoficjalny, szlak oficjalny i „zupełnie na przełaj”. Poniższy wpis obejmuje odcinek nieoficjalny (od początku do wodospadu Pihtsusköngäs). Na końcu wpisu, czyli w części praktycznej, znajdziecie mapę przedstawiającą naszą trasę i jej opis. Wpis podzieliłam na dwie części ze względu na dużą ilość zdjęć, które chciałam Wam pokazać (część druga).

Kasivarsi - Didnojavri

Spacer zaczęliśmy od strony norweskiej. Pogoda była zaskakująco dobra (bo dobra pogoda w Laponii zawsze mnie zaskakuje), a temperatura oscylowała gdzieś na granicy mojego komfortu termicznego. Krótko mówiąc – było nieźle. Na szlak weszliśmy po południu i po 10 kilometrach robiło się już późno, a temperatura spadła do mniej komfortowych 4 stopni, więc porzuciliśmy (a właściwie – ja porzuciłam) pierwotny plan dojścia do fińskiej granicy i rozbiliśmy się na „plaży” nad Didnojávri, bardzo ładnym jeziorem. Jakby mandat tego dnia był niewystarczającym prezentem od losu, udało mi się również zgubić gdzieś na trasie okulary przeciwsłoneczne.

Nocleg nad Didnojavri

Kasivarsi - poranek nad Didnojavri

Przyznać muszę, że ów nieoficjalny szlak prowadzący od Didnojávri do wodospadu Pihtsusköngäs jest niezwykle malowniczy i w promieniach słońca krajobrazy prezentowały się pięknie. Drugiego dnia nie byłam już tak pochłonięta niesprawiedliwością tego świata, więc mogłam skupić się na tym, co mnie otacza oraz obcierających butach. Większa część naszej trasy tego dnia biegła wzdłuż rzeczki Urtas rozlewającej się po zielonej płaszczyźnie, wokół której wznosiły się łyse wzgórza gdzieniegdzie przyozdobione resztkami śniegu, po których to wzgórzach energicznie sunęły cienie chmur, bo wiało wcale nieźle.

Kasivarsi - Urtasjoki

Granica fińsko-norweska

Kasivarsi - Loassohytta - domek po stronie norweskiej

Z norweskiego Didnojávri dotarliśmy do fińskiego Urtasjärvi, mijając po drodze dwa ogólnodostępne domki (jeden z nich na zdjęciu powyżej). Nad jeziorem Urtas znajduje się natomiast Urtashotelli, czyli najbardziej zaniedbany i ubogi domek, jaki do tej pory widziałam (zdjęcia niżej). Ogólnego wrażenia raczej nie poprawiał złowieszczo wyglądający drewniany klocek najeżony kolcami z gwoździ, który wisiał na jednej ze ścian, rozpadający się wychodek, niedziałający piecyk, ani dziesiątki pustych butelek po przeróżnych alkoholach. Czasem jednak cztery ściany i dach nad głową chroniące przed wiatrem, deszczem czy śniegiem to w Laponii i tak dużo! Pozytywnym akcentem dekoracyjnym był natomiast uroczy rysunek z muminkami.

Urtashotelli

Mimo że tego dnia też nie pokonaliśmy spektakularnego dystansu (z 15 kilometrów), to ja już miałam dosyć, głównie ze względu na wspomniane buty. Postanowiliśmy więc rozbić nad Urtasjärvi „obozowisko”, po czym stoczyliśmy nierówną walkę z rojem krwiożerczych muszek, których staraliśmy się nie wpuszczać do namiotu, więc wleciało tylko 10 milionów, i poszliśmy spać. Rano obudziła nas wichura i ulewa, które to zjawiska po krótkim namyśle, postanowiliśmy przespać. Nasz nowy namiot przeszedł test bojowy z wynikiem zadowalającym, a śniadanie zjedliśmy w południe. Na deser udało nam się znaleźć garstkę pięknych, dojrzałych moroszek.

Moroszka, nordycka malina

Moroszka, „nordycka malina”, zwana jest złotem Laponii. Pierwszy raz jadłam je prosto z krzaka, bo pierwszy raz byłam na dalekiej północy tak późnym latem. Jest bardzo zdrowa, smak ma dość unikalny, słodko-kwaśny, dobry. Jako ciekawostkę dodam, że Laponia przyciąga też poszukiwaczy prawdziwego złota.

Dzień trzeci był raczej pochmurny, chłodny i bardzo wietrzny, ale na szczęście padało tylko rano. Żeby dotrzeć do oficjalnego szlaku prowadzącego na Halti, musieliśmy przeprawić przez szeroką ale płytką rzekę Pihtsusjoki (na zdjęciu niżej), co nie było miłym doświadczeniem, ale poszło całkiem sprawnie. Byłam pod wrażeniem efektywności moich gumowych kapci, które nabyłam za 7 euro w supermarkecie, myśląc właśnie o brodzeniu w rwących strumieniach.

Tego dnia nie zrobiłam wielu zdjęć ze względu na pogodę, ale gdy w końcu dotarliśmy do największego wodospadu Finlandii, wypadało sięgnąć po aparat. Pihtsusköngäs, zwany Niagarą Finlandii, ma 17 metrów wysokości i rzeczywiście przypominałby Niagarę, jeśli tylko ilość przepływającej wody pomnożylibyśmy przez… 1500. Wodospad najczęściej ogląda się od strony wschodniej, bo tą stroną prowadzi szlak, chociaż mam wrażenie, że ładniej prezentowałby się zachodniej i trochę żałowałam, że to właśnie jej nie wybraliśmy (nie wiem jednak, jak wyglądałaby przeprawa przez rzekę „nad” wodospadem i czy w ogóle byłaby możliwa). Pihtsusköngäs jest jedną z głównych atrakcji Arktycznego Szlaku (Nordkalottruta), który ma 800 kilometrów i wiedzie głównie przez Norwegię i Szwecję.

Kasivarsi - Pihtsuskongas - największy wodospad w Finlandii

Dla nas Pihtsusköngäs oznaczał głównie burzliwą dyskusję na temat tego, co dalej. Idziemy w górę, na Halti? Czy może w dół, na południowy wschód, aż do Porojärvi? Zdanie zmienialiśmy jakieś sto razy i w końcu wyruszyliśmy na południe, żeby po kilkunastu metrach zawrócić. Ostatecznie wybór padł na północ, tyle że wcale nie dotarliśmy do Halti, ale o tym już w kolejnym wpisie…

Informacje praktyczne

Ważne! Pamiętajcie, że warunki zależą od pory roku (na przykład głębokość rzek).

Dziki obszar Käsivarsi (fiń. Käsivarren erämaa-alue, ang. Käsivarsi Wilderness Area). Jest jednym z 12 tzw. “dzikich obszarów” w fińskiej Laponii i najbardziej popularnym. Käsivarsi to po polsku „ramię”, ponieważ obszar znajduje się w „ramieniu Finlandii” czy też ramieniu „fińskiej dziewicy” (bo mówią, że kształt Finlandii przypomina kobietę). Do Käsivarsi przylega norweski Park Narodowy Reisa, który też później odwiedziliśmy. Wszystkie wzgórza w Finlandii, które wznoszą się wyżej niż na 1000 m – poza pobliskim wzgórzem Saana – znajdują się właśnie na tym obszarze. Trzeba się liczyć się z brakiem miejsca w darmowych domkach, jeśli przyjdziecie za późno, szczególnie na szlaku Kilpisjärvi – Halti.

Nasza trasa. Na obrazku później zobaczyć możecie zarys naszej trasy. Czerwone punkty oznaczają miejsca, w których zatrzymaliśmy się na noc (Didnojávri dwa razy), małe czarne punkty to otwarte domki, obok których prowadził nasz szlak, natomiast różowe – atrakcje (wodospad Pihtsusköngäs i góra Halti). Ścieżka, która prowadzi od głównej drogi (początek) do granicy, a później wodospadu, nie jest oficjalnym ani oznaczonym szlakiem, ale jest wydeptana i nie trzeba za często posiłkować się mapą (chyba tylko raz poszliśmy nie tam, gdzie trzeba). Dwa razy trzeba przeprawiać się przez rzekę.

Niedaleko wodospadu weszliśmy na szlak oficjalny, prowadzący na Halti, z którego zeszliśmy koło Pitsusjärvi. Z Pitsusjärvi do domku Bizus nie prowadzi żaden szlak, ale to łatwa trasa, trzeba tylko trzymać się wody (jeziora i rzeki). Myślę, że ludzie czasem tamtędy chodzą, widzieliśmy także ślady po wędkarzach. Odcinek z Bizus do Loassohytta to zupełnie inna para kaloszy. Ludzie się tam na pewno nie pojawiają, a trasa była dość trudna (a przynajmniej uciążliwa). Prowadziła głównie po startach kamieni, często ruchomych i ostrych, pod którymi płynęła woda. Trzeba było naprawdę się skupić i cały czas patrzeć pod nogi oraz sprawdzać mapę. Inna sprawa, że to są całkiem wysokie tereny, więc jest chłodno i czarno-biało, ale o tym przeczytacie w drugiej części tej opowieści. Otwarte domki na naszej trasie: Loassohytta (brak gazu), Lossujärvi (brak gazu), Urtashotelli (stary i zaniedbany, nic tam nie ma), Pitsusjärvi (wszystko jest, łącznie z gazem, składa się z dwóch części – płatnej i otwartej), Bizus (bardzo dobry stan, bo rzadko odwiedzany, ale brak gazu). Na koniec dodam, że nasze (czy właściwie moje) tempo przemieszczania jest raczej poniżej średniej, więc lepiej się nim za bardzo nie sugerujcie.

Dojazd. Do Kilpisjärvi można dotrzeć na różne sposoby. Najbliższe lotniska to Kittilä, Enontekiö (tylko wiosną), Tromsø, Kiruna. Najbliższe stacje kolejowe są w Rovaniemi i Kolari, skąd do Kilpisjärvi dojeżdżają autobusy. Linki: fińskie autobusy, autobusy linii Eskelinen, pociągi. Taksówki w Finlandii są dość drogie. Początek naszej trasy znajduje się 17 km na północ od Kilpisjärvi. Jest tam darmowy parking. My przyjechaliśmy samochodem, ale widzieliśmy, że ludzie podjeżdżają autobusem. Taksówka mogłaby kosztować z 50 euro, ale nie jestem tego pewna. Warto wiedzieć – jeśli interesuje Was Halti, możecie też wejść na szczyt od strony północnej, gdzie znajduje się parking, jednak jest to dość daleko od Kilpisjärvi, więc taksówka kosztowałaby z 300 euro.

Ciąg dalszy:

Obszar Käsivarsi, czyli Laponia poza szlakiem. Część II

Powiązane wpisy (informacje praktyczne):

Darmowe domki i grille w Finlandii

Pogoda w Finlandii, czyli kiedy jechać i w co się ubrać

Inne lapońskie parki:

Rezerwat Kevo, czyli upalne lato w Laponii

Wiosną w Laponii – Park Narodowy Pallas-Yllästunturi

Pod Gwiazdą Polarną część I – z Rovaniemi do Kilpisjärvi

Włóczykij, nurek, biotechnolog. Finlandię zamieniła na Singapur, żeby po kilku latach wrócić na nordyckie pustkowia. Lubi czytać, nad miasta przedkłada łono natury, a na blogu promuje odpowiedzialne podróżowanie.

  1 comment for “Obszar Käsivarsi, czyli Laponia poza szlakiem. Część I

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Twój e-mail NIE będzie widoczny dla pozostałych użytkowników. Wykorzystam go jedynie wtedy, gdy będę chciała się z Tobą skontaktować. Nie będę rozsyłać żadnego spamu!
  • Zaznaczając poniższe (obowiązkowe) pole, zgadzasz się na przechowywanie przeze mnie Twoich danych. Nie martw się, będą dobrze chronione! Kliknij poniżej na "Privacy Policy", żeby dowiedzieć się więcej o ochronie prywatności na blogu (po polsku).

Ten blog wykorzystuje ciasteczka! Więcej o ciastkach i ochronie prywatności na blogu

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close